Przenikanie kultur w praktyce - co to naprawdę znaczy na Podkarpaciu
Hasło "przenikanie kultur" brzmi jak coś z folderu promocyjnego, ale na tym terenie ma bardzo konkretne przełożenie. Weź pierwszą lepszą wieś w dolinie Sanu i sprawdź, co w niej stoi. Znajdziesz kościół z lat trzydziestych, obok fundament cerkwi rozebranej po wojnie, a kilkaset metrów dalej kamienny krzyż z warsztatu w Bruśnie z ukraińskim napisem. Nazwiska mieszkańców też o czymś mówią, bo obok Kowalskich siedzą Fedakowie i Hrycowie. To nie jest przypadek ani ciekawostka dla przewodnika. To zapis tego, jak ten teren funkcjonował przez kilkaset lat, zanim wojna i wysiedlenia przerwały ciągłość.
Ludzie mieszali się tu na poziomie codziennym, nie odświętnym. Na wesela chodzono niezależnie od obrządku, bo we wsi liczącej dwieście osób nie da się utrzymać osobnych światów. Kalendarz świąt był podwójny, więc przez pewien okres roku obchodzono Boże Narodzenie dwa razy, w odstępie trzynastu dni. Kobiety wymieniały się przepisami przy okazji sąsiedzkiej pomocy przy kopaniu ziemniaków. Cieśla, który stawiał cerkiew, tydzień później kładł dach na plebanii rzymskokatolickiej, bo w okolicy był jeden i miał narzędzia. Z tego wymieszania wzięła się kuchnia, w której trudno rozdzielić, co jest polskie, co ruskie, a co przywędrowało z Węgier przez przełęcze.
Powojenne wysiedlenia zmieniły tu wszystko i nie ma sensu tego łagodzić. Akcja Wisła i wcześniejsze przesiedlenia do Związku Radzieckiego wyczyściły całe doliny. Część wsi przestała istnieć fizycznie, została po nich tylko linia starych drzew owocowych i zapadnięte piwnice, które widać, kiedy ktoś pokaże ci gdzie patrzeć. Cerkwie, które zostały bez wiernych, zamieniano na kościoły albo na magazyny nawozów. Te drugie w większości się rozpadły. Dopiero od lat dziewięćdziesiątych zaczęto je ratować na poważnie i część udało się uratować w ostatnim możliwym momencie.
Dzisiaj przenikanie kultur wygląda inaczej, ale nie zniknęło. Na Kermeszu w gminie Sanok obok siebie stoi stoisko z pierogami ruskimi i z hreczanykami, a na scenie po kapeli grającej muzykę pogórzańską wchodzi zespół z repertuarem łemkowskim. Nikt nie robi z tego manifestu. Po prostu tak wyszło, bo taki jest lokalny repertuar. W tym sensie projekt niczego nie wymyśla, tylko nazywa coś, co i tak się dzieje, i próbuje to utrwalić w formie, która przetrwa dłużej niż jedno lato.
Najczęstszy błąd przy takich przedsięwzięciach polega na tym, że robi się je dla turystów, a nie dla mieszkańców. Wtedy powstaje ładna publikacja, nikt jej nie czyta, a po zakończeniu finansowania wszystko wraca do punktu wyjścia. Drugi błąd to nadmierne uporządkowanie materiału. Kiedy próbujesz na siłę przypisać każdą potrawę i każdą melodię do konkretnej grupy etnicznej, wychodzi ci klasyfikacja, która nie ma pokrycia w rzeczywistości. Ludzie stąd sami nie potrafią powiedzieć, skąd wzięła się ich rodzinna receptura na kiszkę i szczerze mówiąc nie musi ich to obchodzić. Ważniejsze, że jeszcze ktoś ją robi.
Jeśli chcesz zobaczyć to wszystko na własne oczy, najlepiej przyjechać na przełomie lipca i sierpnia, kiedy nakłada się sezon imprez plenerowych. W jeden weekend jesteś w stanie odwiedzić skansen, dwie drewniane cerkwie i jarmark, a wieczorem posłuchać kapeli. Praktyczne wskazówki dotyczące tras i noclegów zebraliśmy w dziale o turystyce kulturowej w Dolinie Sanu, a kalendarz wydarzeń wraz z opisem samego Kermeszu Karpackich Smaków znajdziesz w części poświęconej folklorowi. Jeżeli interesuje cię przede wszystkim jedzenie, zacznij od zbioru przepisów w dziale kuchnia karpacka.